WYSZUKIWARKA  


   

ANKIETA SATYSFAKCJI PACJENTA  

   

MEDYCZNE BAZY DANYCH  

   

   

WSPARLI SZPITAL  

   
google hack

Jak powstawał Szpital Górniczy

Jak powstawał Szpital Górniczy?

            Po akceptacji budowy Szpitala Górniczego w Sosnowcu przez Edwarda Gierka, zaczęło się coś dziać. To nie był całkiem nowy temat. W Sosnowcu na temat budowy szpitala trwały rozmowy od roku 1974, ale było to takie typowe "gadanie o gadaniu".

            Była propozycja budowy szpitala na 300 łóżek, według projektu zrealizowanego wcześniej gdzieś w Rybnickim Okręgu Węglowym. Nam nie o to chodziło. Taki szpital mieliśmy w Sosnowcu - Szpital nr 1. To był typowy szpitalik uniwersalny, z bardzo słabą chirurgią urazową, bez pełnego zaplecza.

            Wypadki górnicze to przede wszystkim zgniecenia i zmiażdżenia, uszkodzenia

wielu narządów i zanieczyszczone rany. W tzw. „jedynce" przy zgnieceniach nóg lub rąk kończyło się ich amputacją. Jeżeli wypadkowicz miał szczęście i trafił na dyżur chirurga Soneckiego, to miał szanse wyjść z tego w miarę sprawny. Poza doktorem Soneckim reszta chirurgów załatwiała to w taki właśnie uproszczony sposób. Górnictwo potrzebowało szpitala z pełnym zapleczem, z możliwością leczenia każdego urazu. Do tego jeszcze potrzebna była klimatyzacja bloku łóżkowego i filtrowane powietrze, czyli możliwość walki z gangreną ciężkich górniczych urazów.

            Biura projektów Służby Zdrowia były przeciążone - nie chcieli z nami w ogóle rozmawiać. Pozostało Biuro Studiów i Projektów Górniczych w Krakowie, które jednak takiego projektu nigdy nie wykonywało.

            Udało się nam pozyskać dobrego projektanta generalnego. Był to Makomaski, ze znanej sportowej rodziny. Człowiek z charakterem, nieznoszący tandety. Jednakże dyrektorem Biura Projektów był stary, doświadczony inżynier, ale bardzo sztywno trzymający się norm i przepisów pochodzących z poprzednich lat oszczędnego budownictwa.

            Przedstawiony pierwszy projekt był nie do przyjęcia. To była taka typowa tandeta budowlana. Pojechałem z tym do wiceministra Glanowskiego, który był odpowiedzialny za inwestycje w Ministerstwie Górnictwa.

            Glanowski był zdenerwowany. „To co załatwiłem, to już jest dla Sosnowca bardzo dużo”. Wiem, odpowiedziałem, ale wiem też, że pan nie lubi tandety. „No to co proponujesz?” - spytał. „Jest w Biurze Projektów generalny projektant Ortemski, pana wychowanek z kopalni „Niwka – Modrzejów”, niech jemu pan da tą robotę - on to zrobi porządnie”. Ortemski odszedł z kopalni ze względu na stan zdrowia. Miał kłopoty z żołądkiem. Był wspaniałym sztygarem oddziałowym, ale chyba za bardzo się przejmował robotą i odbiło się to na jego zdrowiu.

            Glanowski zgodził się. Przystąpiliśmy do roboty od nowa. Włączył się dyrektor Zjednoczenia Gustek. Gustek miał dobre stosunki z rektorem Śląskiej Akademii Medycznej – Jonkiem. Gustek wspólnie z Jonkiem powołali zespół 14 specjalistów – bo tyle oddziałów miał mieć szpital – którzy mieli pomagać projektantom w opracowaniu nowego projektu.

            Szefem zespołu doradców został dr Waldemar Bogusz, ze strony Izby Lekarskiej w Sosnowcu dr Emilian Kocot, ze strony Dąbrowskiego Zjednoczenia Przemysłu Węglowego inż. Witold Kuc. Dla mnie to był bardzo dobry zespół.

            Urząd Wojewódzki powołał w 1987 roku na stanowisko Dyrektora Górniczego Zespołu Opieki Zdrowotnej Dąbrowskiego Zjednoczenia Przemysłu Węglowego  i równocześnie dyrektora Szpitala Górniczego w budowie doktora Józefa Kowalika. (...)

             Nie mieliśmy żadnych problemów w uzgodnieniach projektowych i budowie Szpitala. Problemy  pojawiły się gdzie indziej. Proponowane oddziały szpitala to:

. chirurgia urazowa + ortopedia

 chirurgia ogólna

. neurochirurgia

. interna

. intensywna terapia

. okulistyka

. chirurgia naczyniowa

neurologia

. nefrologia

. reumatologia

. chirurgia szczękowa

chirurgia plastyczna

urologia

usprawnienie ruchowe

czyli prawie wszystko co było potrzebne górnictwu. Na pewno potrzebna była kardiologia, ale tu włączył się I sekretarz Komitetu Wojewódzkiego PZPR - Zdzisław Grudzień. Próbowałem to załatwić, ale nic to nie dało. Usłyszałem jego zdanie na ten temat: „nie po to budujemy kardiologię w Ochojcu, ażeby w każdym szpitalu była kardiologia”.

            Moje tłumaczenie, że przejazd z Sosnowca do Ochojca w godzinach szczytu komunikacyjnego trwa ponad godzinę na nic się nie przydało. Zdzisław Grudzień nie zmieniał swoich decyzji. Kardiologii w Szpitalu Górniczym nie było. Prace przebiegały dobrze.

            W krótkim czasie Ortemski został dyrektorem Krakowskiego Biura Projektów, Ortemski był również w pewnym sensie moim wychowankiem - byłem jego szefem przez parę lat. Szanowaliśmy się wzajemnie, dlatego też problemów było niewiele, Dyrektorem budowy szpitala był szef inwestycji kopalni „Sosnowiec” Longin Wilamowski. Człowiek z otwartą głową, potrafiący patrzeć 20 lat do przodu, poza tym bardzo operatywny i kontaktowy.


            Po opracowaniu nowego projektu i sporządzeniu kosztorysów, okazało się, że koszt budowy szpitala to ponad 2 miliardy złotych. Poprzedni kosztorys opiewał na 770 milionów złotych. Inwestycja ta miała być zatwierdzona przez Radę Ministrów,

            Bardzo ważna była budowa hotelu dla pielęgniarek. Dr Kowalik stale o tym przypominał: „można mieć wspaniały sprzęt, piękny szpital, ale to nie będzie pracowało bez właściwej kadry”.

Szkolenie pielęgniarek było prowadzone w kilku szpitalach, między innymi w Piekarach Śląskich.

Budynek hotelu dla pielęgniarek był okazały - 10 pięter. Zespoły po 2 pokoje mieszkalne z jednym węzłem sanitarnym.

            Również ważny był problem dróg dojazdowych - nad tym problemem głowili się szefowie komunikacji na szczeblu wojewódzkim. Na szczęście inwestycje górnicze na Radzie Ministrów referował zawsze Glanowski, jako wiceminister ds. inwestycji. Usłużni zawsze się znajdą, dlatego też premierowi Jaroszewiczowi podsunieto projekt nowy i stary. Premier spytał: „Skąd taka różnica"? Wyjaśniono mu, zanim do głosu doszedł Glanowski, skąd to się wzięło, a przede wszystkim klimatyzacja bloku łóżkowego. To była w Polsce nowość. Jaroszewicz spytał tylko - „Kto tą klimatyzację wymyślił?” - Inwestor, dyrektor kopalni „Sosnowiec”.

            Jaroszewicz był szybki w decyzjach: „projekt zweryfikować, a tego mądralę wypieprzyć na zbity pysk”. Ja o tym wszystkim nie miałem pojęcia. Zadzwonił do mnie Glanowski z Warszawy, żebym na niego czekał na kopalni. Przyjechał około 16.00. Wszedł do biura, rzucił czapkę na stół i już od progu zaczął mnie opieprzać – pierwszy raz w moim życiu. Widać było, że na tej Radzie Ministrów mocno mu dopiekli. Usłyszałem między innymi: „musisz mieć najlepiej – a nas na to nie stać”.

            Poczekałem jak się trochę uspokoi. Glanowski bardzo rzadko się denerwował. Zaproponowałem kieliszek koniaku – znowu się zerwał: „przecież ty nie pijesz”. Z panem ministrem, w takiej sytuacji, nawet chętnie. Wypiliśmy po dwa koniaki i zaczęliśmy rozmawiać.

           
            Wróciłem do pierwszych ustaleń dotyczących szpitala. Glanowski to znał z własnych doświadczeń. Na kopalni „Sosnowiec” właśnie jako naczelny inżynier uległ ciężkiemu wypadkowi. Miał zgniecioną miednicę, złamane żebra i uszkodzony kręgosłup. Przeszedł długą rehabilitację. Przypomniałem mu nasze wspólne ustalenia. Szpital dla ciężkich wypadków. Zabrudzone rany, gangrena, amputacja rąk, nóg. Jak uniknąć zakażeń w pokojach, w których w lecie temperatura dochodzi do 40° C. Jeżeli nie stać nas na klimatyzację teraz, to zrezygnujmy z urządzeń, ale zostawmy pietro technologiczne, tunele i przewody. Będziemy bogatsi, to kupimy maszyny, ale nie przekreślajmy tego na zawsze.

„Panie ministrze panu będzie wstyd jak w momencie uruchomienia szpitala będziemy 25 lat za np. Madagaskarem”. Glanowski popatrzył na mnie „bykiem”, ale po chwili się uśmiechnął: „i znowu mnie k... przekonał”. Glanowski takich „wyrazów” używał bardzo rzadko – znaczyło to, że ranga zagadnienia jest wysoka. Wybronił temat – możliwość zabudowy klimatyzacji pozostała. Glanowski był w Warszawie szanowany za jego upór i wiedzę.

            Gdyby w posiedzeniu Rady Ministrów brał udział minister Kulpiński, na pewno byłbym odwołany ze stanowiska dyrektora w tym samym dniu, ale Glanowski jakoś to złagodził. Poza tym kopalnia pracowała dobrze i nie bardzo było za co mnie „wypieprzyć”, ale polecenie premiera nade mną wisiało.

Szpital Górniczy zakończenie budowy

            Rok 1988. Budowa Szpitala Górniczego w Sosnowcu zbliżała się ku końcowi. Było coraz trudniej. Naciski na przerwanie budowy (z Warszawy) były coraz silniejsze. Brak środków – ale nie mieliśmy zamiaru zmarnować tak dużego wysiłku wielu ludzi. To był czas zatrzymywania rozpoczętych inwestycji właśnie z powodów finansowych. Większość zatrzymanych inwestycji już nie ukończono. Dla przykładu – elektrownia jądrowa Żarnowiec, miliardy utopione w błocie.

            Ministrem Górnictwa i Energetyki był wówczas Jan Szlachta, człowiek uparty i konsekwentny. Oświadczył mi wyraźnie: „nie słuchaj żadnego pieprzenia na ten temat – kończ  robotę”. Z ministrem Szlachtą pracowało się bardzo dobrze. Był zdecydowany w działaniu, szybko podejmował decyzje, które wcześniej uzgadniał z fachowcami. Nie zaliczał się do tych, „którzy znają się na wszystkim”. (...)

            Zaczęło się tak zwane „dopychanie kolanem”. Zbieraliśmy ludzi z kopalń, każdego człowieka, który umiał posługiwać się kielnią, lub znał się na jakiejkolwiek robocie potrzebnej w budowie szpitala. Roboty koordynował zespół nadzorowany bezpośrednio przez wiceministra Eugeniusza Ciszaka, który miał za sobą wieloletnią praktykę w projektowaniu oraz budowie obiektów nie tylko górniczych w Polsce i za granicą.

            Zespół zbierał się w czasie budowy szpitala raz w miesiącu, ale w roku 1988 zbierał się w każdy wtorek o godzinie 8°°. Koordynatorem prac ze strony inwestora – kopalni „Sosnowiec” był zastępca dyrektora ds. inwestycji Longin Wilamowski. Ze strony Biura Projektów udział w pracach zespołu brali:

Władysław Ortemski - dyrektor Biura Projektów w Krakowie,

Antoni Biedroń - architekt, generalny projektant budowy,

Stanisław Makomaski - koordynator prac branżowych.

Ze strony wykonawców uczestniczyli w naradach zespołu:

Dariusz Spyra - naczelny dyrektor Gwarectwa Budownictwa Górniczego,

Alfred Polok - dyrektor techniczny Gwarectwa Budownictwa Górniczego,

Jan Buła - dyrektor Przedsiębiorstwa Budowlano-Inżynieryjnego Przemysłu Węglowego w Katowicach,

Arkadiusz Habryka - dyrektor Przedsiębiorstwa Montażu Przemysłu Węglowego w Mikołowie,
Tadeusz Olchawa - z ramienia Ministerstwa Górnictwa i Energetyki, mianowany później dyrektorem technicznym szpitala,
Ryszard Drzymont - szef pionu służb technicznych szpitala, zastępca dyrektora ds. technicznych szpitala w czasie budowy,

Ja również, z przyzwyczajenia po tylu latach walki o szpital pilnowałem przestrzegania terminów i jakości w budowie.

            Ludzie wiodący w pracach przy budowie szpitala to przede wszystkim:

wiceminister Eugeniusz Ciszak,

Alfred Polok - dyrektor techniczny GW Bud. Górn. - człowiek nieustępliwy, mający za sobą budowę wielu obiektów Przemysłu Węglowego,

Longin Wilamowski - prowadzący tą inwestycję od początku, potrafił się   porozumieć z każdym, nawet najbardziej negatywnie ustosunkowanym do tej budowy człowiekiem,

dyrektor Biura Projektów Górniczych - Władysław Ortemski, pracowity, czasem nadmiernie. Zaczął karierę górniczą w kopalni „Niwka-Modrzejów”, ale ze względu na kłopoty zdrowotne przeniósł się do Biura Projektów, wspomagany przez wspaniałego człowieka. jakim był koordynator branżowy Stanisław Makomaski,

koordynowanie już najdrobniejszych szczegółów to była działka Ryszarda Drzymonta, który wykonywał mrówczą robotę, koordynacji pracy bezpośrednio na jej stanowiskach.

            Dla umożliwienia lepszego nadzoru nad pracami wykonywanymi przez robotników, podzieliliśmy budowę na rejony przydzielone poszczególnym kopalniom. Dyrektorzy byli osobiście odpowiedzialni za wykonanie robót w przydzielonych rejonach. Wywołało to też pewnego rodzaju rywalizację (kto lepiej wykona swoją robotę), była to przecież ich trwała wizytówka na długie lata.

Wyglądało to następująco:

Suteryna - Kopalnia „Grodziec”. Były tam m.in. szatnie personelu, stacja agregatów ziębniczych dla klimatyzacji bloku zabiegowego, centralna sterylizacja, depozyt ubrań pacjentów.

 

Parter - Kopalnia „Czerwona Gwardia”. Ośrodek dializ, izba przyjęć, Dział Pomocy Doraźnej, Kliniczny Oddział Intensywnej Terapii no i Kaplica.

            Z Kaplicą był problem. Temat dotarł do Komitetu Wojewódzkiego PZPR. Padły zarzuty: nie przewidzieliście pomieszczeń dla organizacji partyjnej, a budujecie Kaplicę. Ja przekazałem oprócz mojego zdania na ten temat tzn. żadnej polityki w szpitalu, tam się będzie leczyć ludzi chorych, również zdanie lekarzy. Pytałem się kilku przyszłych ordynatorów, profesorów Śląskiej Akademii Medycznej, co o tym sądzą. Jednoznacznie określili, że większość chorych potrzebuje wsparcia duchowego. Kaplica jest potrzebna w procesie leczenia.

Zacząłem szukać projektanta, przede wszystkim architekta wnętrz. Wpadła mi na myśl Telewizja.             Poprosiłem o spotkanie dyrektora katowickiej TV, członka Plenum KC PZPR - Pilardego. Przyjął mnie bardzo serdecznie, zawołał jednego ze swych projektantów wnętrz i przekazał go mnie do dyspozycji.

            Architekt o nazwisku Obracaj wykonał pełną dokumentację, razem z dokumentacją wyposażenia. Pojawił się problem obrazu patrona lekarzy św. Łukasza. W żadnym pobliskim kościele takiego obrazu nie było. Obciążyłem tym problemem dyrektora ds. pracowniczych Gwarectwa - Jana Marynkę, byłego długoletniego sekretarza POP PZPR w kopalni „Czerwone Zagłębie”. Dałem mu 2 tygodnie czasu na znalezienie tego obrazu, w innym wypadku wykonamy go według jego fotografii. Marynka znalazł wzorzec w Makowie Podhalańskim.

 

            Wykonania obrazu świętego Łukasza podjął się plastyk kopalni "Grodziec' Zrobił to bardzo dobrze. Projekt kaplicy mnie osobiście nie bardzo się podobał, wnętrze było smutne, ale czas naglił, nie można było grymasić.

 Piętro I - Kopalnia „Julian”. Pokoje badań czynnościowych, EKG, EMG, Endoskopia, Apteka szpitalna, Wytwórnia Płynów Infuzyjnych, Urologia.

Piętro II - Kopalnia ,,Andaluzja". Chirurgia Plastyczna, część Oddziału Ortopedii, Kliniczny Oddział Intensywnej Terapii, Kliniczny Oddział Anestezjologii.

Piętro III - Kopalnia „Jowisz”. Chirurgia Ortopedii, Centralny Trakt Operacyjny z dziewięcioma salami operacyjnymi.

Piętro IV - Kopalnia „Generał Zawadzki”. Chirurgia Ogólna, Kondygnacja Techniczna, Kanały Klimatyzacji.

Piętro V - Kopalnia „Siemianowice”. Neurochirurgia, Maszynownia klimatyzacyjna dla sal operacyjnych i OlOM-u.

Piętro VI - Kopalnia „Sosnowiec”. Neurologia, Blok Zabiegowy.

Piętro VII - Kopalnia „Czerwone Zagłębie”. Okulistyka, Chirurgia Szczękowa.

Piętro VIII - Kopalnia „Kazimierz-Juliusz”. Chirurgia Naczyń, Laryngologia.

Piętro IX - Kopalnia „Niwka-Modrzejów”. Nefrologia, Reumatologia, dodatkowo kuchnia i cała gastronomia oparta na naczyniach typu "tennos".

             Kopalni "Niwka-Modrzejów" przydzieliłem duży zakres działania z dwóch powodów. Po pierwsze dyrektorem kopalni był mój kolega z AGH Leopold Litwa, bardzo pracowity, chętny do przyjęcia dodatkowych zadań. Po drugie, kopalnia miała bardzo dobrą kadrę - super operatywnego kierownika zaopatrzenia Janusza Dudzińskiego i zastępcę dyrektora ds. pracowniczych Jerzego Skrzypka. Oni dwaj potrafili załatwić wszystko, nawet zastawę tennosową dla każdego chorego i wyposażenie kuchni z blachy nierdzewnej.

Piętro X - Zakład Robót Budowlanych. Choroby Wewnętrzne.

             Dyrektorem ZRB był młody, energiczny i ambitny inżynier Jan Otrębski. Byłem pewny, że będzie chciał być najlepszy w przygotowaniu przydzielonego mu oddziału. Poza tym miał „na karku” przyszłego ordynatora oddziału prof. Zbigniewa Gonciarza, bardzo wymagającego odbiorcę.

             Dyrektorzy kopalń rzeczywiście bardzo rzetelnie zabrali się do tych dodatkowych zadań.

Jednakże ja popełniłem błąd. Nie podobały mi się „pokoje pobytu dziennego” dla pacjentów. Był to jeden projekt dla wszystkich oddziałów, przypominający bar mleczny. Stoliki kwadratowe, cztery metalowe krzesła przy każdym. Przecież każdy oddział miał pacjentów o różnych schorzeniach i różnym stopniu ruchomości. Poza tym trochę barw dla górników pracujących w otoczeniu czerni.

            Nie doceniłem inwencji plastyków kopalnianych. Niektórzy wykonali taką cholerna chałę, że trudno było na to patrzeć. Jednak było za późno na zmiany. Zawiodłem się też na lekarzach. Żaden z ordynatorów nie wspomniał o potrzebnym pomieszczeniu na odprawy. Zwłaszcza oddziały kliniczne na odprawy ze studentami. Można to było uwzględnić w projekcie. Teraz panowie ordynatorzy po prostu zajęli na odprawy z personelem i studentami pokoje pobytu dziennego przeznaczone dla pacjentów.

           
            Poważne problemy wystąpiły przy zakupach wyposażenia szpitala. Brak blachy nierdzewnej dla gastronomii, łóżka szpitalne wykonywane w Żywcu (było to pierwsze tego typu zamówienie w tym zakładzie). Bardzo poważnym problemem było uruchomienie klimatyzacji. Była to pierwsza w Polsce klimatyzacja bloku łóżkowego, dużego bloku na 731 łóżek i do tego specjalistyczna klimatyzacja sal operacyjnych.

            W Polsce był jeden specjalista, który się na tym znał, inżynier Kubica z Opamu Katowice. Był to człowiek z artystyczną duszą. Czasami znikał na kilka dni nie mówiąc nikomu, gdzie jedzie i na jak długo. Musiałem mu dać obstawę ratowników górniczych, którzy mieli go pilnować całą dobę, nawet używając „przymusu”, wrazie gdyby chciał opuścić Sosnowiec.

 

            Regulacja rozprowadzania powietrza była bardzo trudna. Inżynier Kubica też po raz pierwszy w życiu miał do czynienia z tego typu instalacją. Założenia były bardzo ambitne. Powietrze dostarczane do pokoi szpitalnych posiadało nie tylko odpowiednią temperaturę i wilgotność, ale również wysoką sterylność po filtrowaniu przez filtry ceramiczne, wyłapujące nawet bakterie, przy odpowiednio częstej wymianie tych filtrów.

            System klimatyzacyjny był równocześnie zabezpieczeniem pożarowym. Do pokoi chorych było dostarczane powietrze schłodzone w „deszczowniach” z czerpni zewnętrznej, znajdującej się dość daleko od budynku szpitala, nie dopuszczając do pokoi dymów w wypadku zaistnienia zagrożenia pożarowego. Sale chorych znajdowały się w strefie nadciśnienia wywołanego nadmuchem klimatyzacji.

           

            Problemy w wyposażaniu: pewne urządzenia, zawłaszcza te droższe sprowadzane były przez Centralę Zaopatrzenia Górnictwa, kierowaną przez bardzo operatywnego dyrektora - Kazimierza Gabrysia. Czasem jednak włączał się Departament Bezpieczeństwa Pracy i Spraw Socjalnych, którym kierował dyrektor Kazimim Błaszczyk.

            Błaszczyk należał do tych osób, którzy „znają się na wszystkim”. Pojechał na zaproszenie japońskiej firmy i uzgodnił zakup tomografu komputerowego. Przyjechał do mnie z gotowym zamówieniem i pokazał mi palcem, gdzie się mam podpisać. Nie podpisałem nigdy niczego, nie wiedząc o co chodzi, bez zasięgnięcia opinii tych, co się na tym znali. Zapytałem Błaszczyka: „Ty się znasz na tomografach komputerowych?”. Odpowiedział mi: „Wszyscy takie kupują”. Wyjaśniłem mu, że mnie nie chodzi o to, co wszyscy kupują, tylko o dobrą jakość sprzętu.

            Zadzwoniłem do profesora Gonciarza, który wg opinii mojego starego kolegi kardiologa Tadeusza Mandeckiego był na bieżąco, jeżeli chodzi o nowości w medycynie. Poprosiłem go o zebranie informacji na temat tomografów komputerowych. Po trzech dniach zadzwonił: jednoznaczna opinia, najlepsze są tomografy Siemensa.

            Pojechałem z fakturą, którą dostarczył mi Błaszczyk do ministra Szlachty, z prośbą o zmianę zamówienia. Szlachta był zdziwiony – przecież Błaszczyk mi powiedział, że uzgodnił to z tobą. Zmienił zamówienie. W przyszłości okazało się, że bardzo często tomograf Szpitala Górniczego był jedynym czynnym tomografem w południowej Polsce, pozostałe były w remoncie, lub czekały na części zamienne.

           
            Szpital był gotowy do otwarcia, które nastąpiło w dniu 03.10.1988 r. z udziałem ówczesnego premiera Mieczysława Rakowskiego. Premier wygłosił piękne przemówienie pochwalne: „Nawet w tych ciężkich czasach, można coś takiego pięknego i pożytecznego zbudować”. Przemawiać to on potrafił, jako stary dziennikarz, ale nie zapomnę mu zmian organizacyjnych w górnictwie: powołania Przedsibiorstw Eksploatacji Węgla, które wpędziły nas w ogromne kłopoty.

 

            Byłem świadkiem krótkiej dyskusji pomiędzy ministrem Szlachtą, a jednym z ordynatorów. Narzekał na wymiary WC, stwierdził, że są za małe i nie mieszczą się na przykład jego nogi. Minister Szlachta sprawy szpitala znał bardzo dobrze. Spytał ordynatora: „Pan akceptował projekt oddziału?”. „Tak” - odpowiedział ordynator. „To niech pan teraz skróci sobie nogi” odpowiedział minister.

            Szpital został uruchomiony. Pierwszym dyrektorem, który pilnował szpitala w trakcie budowy, był dr Józef Kowalik. Miałem dużo kłopotu z uzgodnieniem jego kandydatury. Dr Kowalik miał tzw. „niewyparzona gębę”. Mówił to, co myślał, a poza tym nie uznawał wtrącania się sekretarzy PZPR-u do spraw fachowych. Nachodziłem się po różnych instytucjach, zanim uzyskałem akceptację na dyrektora - doktora Kowalika.

            Uważam, że jeżeliby dyrektorem w czasie budowy i rozruchu szpitala był nie Kowalik, a jego kontrkandydat, proponowany przez Egzekutywę KM PZPR w Sosnowcu, szpitala w tym terminie nie uruchomilibyśmy. Kowalik oprócz dużej wiedzy na temat organizacji i zaangażowaniu w Służbie Zdrowia był niesamowicie pracowity. Pracował właściwie na okrągło, w dzień i w nocy.

Dr Kowalik poprosił o uzgodnienie jego propozycji i powołanie na stanowisko lekarza naczelnego dr Edwarda Nalewajko. To był następny problem. Komitet Wojewódzki PZPR miał swojego kandydata. Ale to poszło szybko. Pojechałem do ministra Szlachty, ten bez problemów zatwierdził kandydaturę dr Nalewajko na stanowisko lekarza naczelnego. Powiedział mi tylko; „nie ma czasu na pieprzenie się o byle gówno, ustawiaj szpital tak jak uważasz za korzystne i nie pytaj się nikogo.

           
            To poparcie umożliwiło uruchomienie szpitala w terminie. Dla przykładu, szpital wojewódzki w Bielsku-Białej, rozpoczęta budowa równocześnie ze szpitalem w Sosnowcu, został uruchomiony kilkanaście lat później, nie mówiąc o dodatkowych kosztach, jakie zostały poniesione przy tak wydłużonym czasie budowy, no i pacjentach, którzy w tym czasie byliby leczeni.

            Ordynatorów oddziałów powoływano na podstawie propozycji Komisji Konkursowej, której przewodniczącym był dr Kowalik. Dał sobie z tym radę doskonale. Pierwsza obsada podstawowej kadry szpitala była jak na te trudne czasy wspaniała. Dr Kowalik nie uniknął nacisków tzw. „czynników politycznych”, ale był na te naciski odporny.


Pierwsza obsada oddziałów:

Usprawnienie ruchowe - lekarz medycyny Ewa Niemkiewicz, personel oddziału o wysokich kwalifikacjach (bardzo dobre wyposażenie oddziału).

Urologia - dr med. Jan Myrta - bardzo dobry urolog, polecony przez prof.  Adama Szkodnego.

Chirurgia plastyczna - dr nauk medycznych Adrianna Oleszycka, oddział dobrze zorganizowany, personel o wysokich kwalifikacjach.

Chirurgia ortopedii - prof. Andrzej Tokarowski, ortopeda wysokiej klasy. pozostawił po sobie dobrze wyszkolony zespół nowoczesnych chirurgów urazowych. Do prof. Tokarowskiego zgłosił się Edward Gierek do zabiegu wszczepienia sztucznych stawów biodrowych.

Chirurgia ogólna - prof. Stanisław Kuśmierski, uczeń prof. Gasińskiego. wybitnego chirurga Polski. Kuśmierski kontynuował doświadczenia swojego nauczyciela. Pozostawił po sobie świetnie wyszkolony zespół.

Neurochirurgia - prof. Henryk Majchrzak, świetny chirurg, wprowadzający najnowocześniejsze metody neurochirurgii światowej. Stworzył bardzo dobry, dobrze zorganizowany zespół neurochirurgów.

Neurologia - doc. dr hab. Zdzisław Gralewski. Wyszkolił bardzo dobrych specjalistów min.: dr Ewa Ogrodowska-Hermankiewicz, dr Barbara Gorczyca.

Okulistyka - prof. Jerzy Szaflik - uczeń i współpracownik prof. Ariadny Gierek-Lapińskiej. Z jego zespołu wywodzą się prof. Wanda Romaniukowa, prof. Edward Wylęgała, dr Mariusz Fronczek.

Chirurgia szczękowa - dr Krzysztof Ślaski.

Chirurgia naczyń - dr Michał Olejczyk.

Laryngologia - dr Ewa Kondracka.

Nefrologia - dr nauk med. Zbigniew Bułanowski.

Reumatologia - dr nauk med. Edward Nolewajka.

Choroby wewnętrzne - prof. Zbigniew Gonciarz - Śląska Akademia Medyczna. Uczeń prof. Kornela Gibińskiego. Pozostawił po sobie świetnie zorganizowany oddział, zwłaszcza w zakresie gastrologii. Z tego zespolu wywodzą się wybitni specjaliści jak: dr Przemysław Besser, dr Maciej Gonciarz, dr Violetta Białas.

Oddział intensywnej terapii i anestezjologii - dr Lech Krawczyk pod nadzorem prof. Anny Dyaczyńskiej- Herman (specjalisty anestezjologii i reanimacji). Ten oddział był w owym czasie jednym z najlepszych w kraju. Tam pracował wspaniały anestezjolog dr Andrzej Pióro.

Podstawowe oddziały szpitalne wspomagane były przez zakłady i pracownie jak:

l. Zakład Rehabilitacji

2. Zakład Diagnostyki Laboratoryjnej

3. Zakład Diagnostyki obrazowej

4. Zakład Patomorfologii

5. Pracownię Mikrobiologii Klinicznej 6. Pracownię Izotopową

7. Pracownię Audiometrii

8. Pracownię Perymetrii

9. Pracownię Laserową

l0. Pracownię Angiografii

11. Pracownię USG Oka

12. Pracownię EMG

13. Pracownię EEG

14. Pracownię EKG i UKG

15. Pracownię Endoskopii

16. Pracownię Biopsji Cienkoigłowej

17.  Punkt Krwiodawstwa

             Można by powiedzieć, że Szpital Górniczy posiadał pełne zaplecze. Brakowało pełnej kardiologii, ale z sekretarzem Zdzisławem Grudniem nie mieliśmy szans na wygraną: „Ochojec wystarczy”.

            Ogromnie obciążona była rehabilitacja - wiadomo - wypadki górnicze. Bardzo wysoki poziom prezentowała Endoskopia, pod opieką prof. Zbigniewa Gonciarza, Jednakże podstawowym filarem pracy Szpitala był Zakład Diagnostyki Obrazowej pod kierownictwem dr Leszka Gajosa, którego należy zaliczyć do podstawowej kadry szpitala, nie tylko jako specjalistę w zakresie diagnostyki obrazowej, ale człowieka bardzo zrównoważonego, kontaktowego, wspaniałego wychowawcę młodych lekarzy.

           

            Zakończyliśmy dużą robotę. Szpital zaczął pracę, bardzo szybko wszystkie łóżka były zajęte. Przez długie lata szpital przyjmował chorych z całej Polski i przyjmuje ich do dnia dzisiejszego. Należy też wspomnieć, że zespół projektantów i budowniczych w składzie:

. Antoni Biedroń,

. Longin Wilamowski,

. Jan Buła,

. Arkadiusz Habryka,

. Czesław Kalisz,

. Stanisław Makomaski,

. Tadeusz Olchawa,

. Władysław Ortem ski,

. Alfred Polok,

. Alojzy Połap,

. Dariusz Spyra,

. Ryszard Zajfert

został nagrodzony w roku 1990 Nagrodą II stopnia za wybitne osiągnięcia twórcze w Dziedzinie Architektury i Budownictwa przez Ministra Gospodarki Przestrzennej i Budownictwa.

 

 Wiek 21.

             Byłem członkiem Rady Społecznej Szpitla Górniczego – obecnie Szpitala im. św. Barbary przez kilka kadencji. W tym czasie dyrektorzy szpitala zmieniali się dość często. Oczywiście nic dobrego z tego nie wynikało. Nowy dyrektor, zanim w pełni poznał kierowaną przez siebie instytucję – odchodził, przychodził nowy dyrektor, z nowymi pomysłami, często zatrzymując roboty zaczęte przez poprzednika, co pociągało za sobą duże straty finansowe.

           
            Z kilku dyrektorów, których poznałem w tym okresie można by wyróżnić dyrektora Zbigniewa Swobodę, który rzeczywiście coś chciał w szpitalu poprawić (ale nie zdążył) oraz panią dyrektor Iwonę Łobejko, która miała już więcej czasu na konkretne działania.

            Moja pozycja w Radzie Społecznej była trudna. Byłem skierowany do Rady Społecznej przez Sojusz Lewicy Demokratycznej, a bardzo często zdarzało się, że broniłem dyrektor Łobejko popieraną przez Platformę Obywatelską przed atakami członków Rady z ramienia właśnie PO.

            Uważałem i uważam dalej, że Służba Zdrowia powinna być apolityczna. Dyrektor Łobejko ustaliła bardzo precyzyjny plan działania dla poprawy warunków pracy szpitala i ten plan realizowała z żelazną konsekwencją. Może trochę za ostro traktowała lekarzy, ale z czasem lekarze się z tym oswoili.

            Bardzo mi się podobało rozwiązanie dotyczące Oddziału Okulistyki. Odeszła ze Szpitala górniczego prof. Wanda Romaniukowa, zabierając ze sobą część personelu medycznego i dużą część sprzętu – uznaną za własność Śląskiej akademii Medycznej.

            Dyrektor Iwona Łobejko zorganizowała Oddział Okulistyczny reprezentujący wyższy poziom jak za czasów prof. Romaniukowej – tak pod względem sprzętu, jak i kadry. Obecnie systematycznie realizuje plan remontu całego obiektu, chociaż w dzisiejszych warunkach nie jest to łatwe.

 

Obszerne fragmenty wspomnień, które Świętej Pamięci Jan Rodzoń opublikował w książce Kamyczki z jednego ogródka.